#bądźsobą

Nie będziemy udawać, że styczeń mija nam jak z płatka, że w szaleństwie poranka pakujemy paczki, aby po południu z satysfakcją odhaczyć to do list i zabrać się ze spokojem za wieczorne dopinanie na ostatni guzik kolekcji Tyszert Spring Summer 2017. No nie. I chociaż dzieje się i dzieje się dobrze, to jednak wciąż pod górkę i do tego z zakrętami. Dwa lata buntowałyśmy z powodu tego, że ciągle się potykamy, po czym w roku trzecim z dojrzałością uznałyśmy to za pewną stałą. I tak skończyły się nam wszywki z przepisem prania w strategicznym momencie odszycia nowych sukienek, co nas wyrzuciło z produkcji na dobre 2 tygodnie. Zabrakło nam pudeł z nadrukiem przed ważną wysyłką do Berlina, a zależało nam, żeby było pięknie i kompletnie. Dopatrzyłyśmy się za późno, bo chwilę przed krojeniem, skazy w postaci brakujących nitek na dzianinie, na którą czekałyśmy 4 tygodnie, i z której muszą, po prostu muszą, być walentynkowe bluzki do zakochania. Wszystkiego można było pewnie uniknąć, mając do dyspozycji zdolności wszechstronne albo dłuższą dobę albo dodatkową parę rąk. I kiedy tak na mieście wysypiemy się między wierszami z tych przeszkód w ramach ogólnej odpowiedzi na grzecznościowe pytania ‚co u was’ pojawia się zwykle mało życzliwy głos, że weźcie się dziewczyny ogarnijcie wreszcie, ile można mieć tych wpadek, wy to chyba jakieś rekordy błędów i wtop zaliczacie. Umówmy się, na to jeszcze jesteśmy w stanie zareagować wymuszonym uśmiechem, ale takie komentarze, że chyba już wystarczy tego szycia, bo wszystkie znaki mówią, że pora zwinąć interes i wrócić na etat, wyprowadzają nas z równowagi na dobre trzy dni. Zawsze w tym czasie przypomina nam się historia wzięta z podstawówki i nasz serdeczny kolega Paweł (serdeczny, bo w ’96 była między nami wymiana walentynek;). Paweł chodził własnymi ścieżkami, każdy margines w jego zeszytach wypełniały rysunki i szkice, a wypracowania, choć były ciosem wymierzonym w stronę poprawnej polszczyzny, zahaczały o te obszary wyraźni, o których istnieniu, nawet w wieku kilkunastu lat, nie miałyśmy pojęcia. U polonistek – zamiast zachwytu – wywoływały pilną potrzebę wysłania go szkolnego psychologa. Był indywidualistą. Pamiętamy jak dziś lekcję matematyki i jakieś wzory, których Paweł nie przyswoił. I komentarz od matematyczki, że jeśli to się nie zmieni, to skończy kopiąc rowy. Tu cytat. I nie chodzi nawet o to, że młodemu człowiekowi się nie tak po prostu nie mówi. Paweł nic sobie z tego nie zrobił. Zamiast najlepszego w okolicy liceum ogólnokształcącego, skończył przyzwoicie dobre technikum gastronomiczne. Poszedł własną drogą. Dziś jest szefem kuchni jednej z najlepszych w Warszawie restauracji. A my pękamy z dumy otwierając kolorowy tygodnik opiniotwórczy z wzmianką o kolejnej jego nagrodzie w kulinarnym konkursie. Ta historia trzyma nas uparcie przy tym, co robimy. Bo nie da się być najlepszym w tworzeniu, projektowaniu, organizacji, planowaniu i logistyce jednocześnie. Nie da się mieć idealnie wyprostowanych włosów, ręczników poukładanych kolorami, rachunków uregulowanych przed terminem, obiadu co dzień z dwóch dań i pięknie pomalowanych paznokci. Bo tak jak chaotyczna twórczość jest naszym drugim imieniem, to z podejściem biznesowym i organizacją nie mamy wiele wspólnego. I nie ma w tym nic złego. Nie trzeba być najlepszym we wszystkim, można być przyzwoicie dobrym w jednym.

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *